Ja i blog, hmmm? Dziwna kombinacja, sam przyznasz. Po co mi taki ekshibicjonizm duszy i umysłu? Na pierwszy rzut oka widać mój mały ale niestety nie lekki osobisty czołg, więc i tak ukrywanie się nic nie da. W takim przeświadczeniu zostałam wychowana i dlatego będę krzyczeć całemu światu, że będąc tak cholernie małosprawną trzeba z całych sił kolorować świat. Mocno, buntowniczo udowadniać, iż można żyć na kredyt ponad ćwierć wieku... aga@elf.silesianet.pl GG: 491060 MÓJ BLOG BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE NA BLOG ROKU 2014 I NA TEKST ROKU - LINK W KOLUMNIE PO PRAWEJ
Kategorie: Wszystkie | SMA
RSS
wtorek, 28 maja 2013
ostatki

Właśnie zaparzyłyśmy ostatnia torebkę herbaty - pora wracać! Serio mówiąc to nasze ostatnie godziny w tym mieście skrajności. Z jednej strony szkoda, bo po pierwsze TAK DOSKONAŁA rehabilitacja byłaby mi niezbędna dziennie, bo otaczają mnie tu cudowni ludzie, bo nigdy tu nie jest zimno, bo nie zdążyłam pojechać na słoniu, bo... Z drugiej trony chce już wracać, ot co. 

Ten ostatni weekend wykorzystałam do maximum. To maximum było troszkę hardcorowe zważywszy na to, ze z soboty na niedziele spałyśmy 3 h. Zaczęłyśmy kulturalnie w poleconym mi przez kumpele miejscu. Byl to Red Sky Bar mieszczący się na 56 pietrze Central Word czyli w części hotelu Centara Grand. Byliśmy tam w polskiej obsadzie z Marysia i z Tomkiem i przy drinku (na żarełko jeszcze nas tam nie stać :P) świętowaliśmy urodziny mojej mamy rozkoszując się cudownym widokiem na Bangkok nocą. 

Wracając "zachaczylismy" o kolejna atrakcje turystyczna w postaci czerwonej ulicy. Za ten wypad Tomkowi należą się szczególne podziękowania! Dzięki za bycie kierowca i przewodnikiem :D Wstanie w niedziele o 6 rano było koszmarem ale dałyśmy w trojkę rade i o dziwo pełne werwy i zapału (dzięki Panu Pawlowi i jego kierowcy) pojechałyśmy do jakby skansenu Ancient Siam. To oooogromny obszar, który nikt normalny nie pokonuje pieszo - wyjątek moja mama. Marysia popylala na rowerze i obczajala, w która stronę mamy iść. Co zaułek był piękniejszy. Były tam reprodukcje wszystkich ważnych rzeczy, budowli, wodospadów, parków, pomników, wydarzeń itp z całej Tajlandii. Po "zaledwie" 6 h postanowilysmy się dobić i pojechałyśmy na miejscowy targ  Czatuczak (Ang: Chatuchak) จตุจักร

 


Wczoraj miałam jeszcze ostatnie ćwiczenia w basenie i akupunkturę, a potem zamiast odpoczywać to doczłapałyśmy się pieszo do centrum handlowego Terminal 21 pokonując po drodze ogromne krawężniki. Ale było warto. Sklepy jak sklepy, ale wystrój całości był imponujący. Każde piętro było zrobione niczym ulice rożnych państw. Jeszcze nigdy dotąd żadna galeria handlowa nie była dla mnie piękna! A w kibelku dostałam ataku śmiechu, gdy odkryłam, ze sedes ma funkcje mycia i suszenia!

 

09:04, znow_ruda_gl
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 maja 2013
party

Dzisiejszy wieczór najchętniej skwitowałabym jednym wielkim WOW! Jednak należy się Wam kilka slow wyjaśnień. Dzisiaj byłyśmy w tajskiej restauracji razem z Bossem tej kliniki, dr. Moskito (lekarz od akupunktury), częścią personelu i reszta pacjentów. Nigdy bym nie przypuszczała, ze w małym zaulku wsrod wysokich apartamentowców kryje się tak urokliwa i malownicza knajpka, nawiązująca do tajskiej sztuki i historii. Samo miejsce powalało na kolana, a co dopiero jedzenie! Zgodnie z azjatyckim zwyczajem każdy zamawia jedzenie, lecz wszystko ląduje na środek stołu i tym sposobem biesiadnicy maja możliwość spróbowania wszystkiego i przy okazji się integrują bawiąc jedzeniem. Bylo przepysznie i pięknie. Jednak mnie ujęła nie tylko elegancja tego miejsca. Nigdy wcześniej nie widziałam, by szef tak sie integrował ze swym personelem i z pacjentami! Nie dość, ze wszystkich nas na początku wital po tajsku splecionymi kwiatami, na imprezę zabrał swoje dzieci, to przy stole sam tez obsługiwał i zabawiał gości. Pewnie niektórzy skwitują to, ze za takie pieniądze to powinien. Otoz bywalam na prywatnym leczeniu czy konsultacjach w wielu miejscach, niejednokrotnie za niemale pieniadze i powiem Wam jedno. Europejski personel medycyny powinien sie uczyć od Tajów podejścia do pacjenta! Tu pacjent jest najważniejszy, a szef kliniki traktuje równie milo i normalnie każdego człowieka wokół siebie. Cały personel spoufala się z pacjentami, tworząc tym samym niezwykle przyjazna atmosferę. Taka impreza odbywa sie tu zawsze raz w miesiącu i jest oczywiście w pełni opłacona przez szpital. Jeszcze jedna osoba sprawiła, ze szczeka mi dziś opadła. Ige - Hiszpan, który jest koordynatorem tej firmy z komórkami macierzystymi z Chin - ma zaledwie 27 lat i mówi biegle w 8 językach. Jest tu od jakiegoś tygodnia i wreszcie mam okazje moc tu z kimś pogadać na luzie po niemiecku. Wstyd mi tylko z tym moim jednym dobrym j.obcym. Po powrocie pora poważnie zabrać się za angielski.

 

19:23, znow_ruda_gl
Link Komentarze (2) »
środa, 22 maja 2013
relaksowo

Wczoraj miałyśmy aktywność typu 2 w 1. Niedaleko nas odkryłyśmy salon masażu, który nie dość, ze byl dosyc elegancki, lecz z zachowaniem egzotycznego klimatu, to jeszcze byl czysty i co najważniejsze bez schodow! Zatem nie zastanawiając się długo postanowiłyśmy zaliczyć te atrakcje turystyczna i przy okazji się zrelaksować. Ja wybrałam masaż głowy, a moja mama stop. Bylo fantastycznie, nie za mocno ale tez i z należytą siłą, cały zabieg trwał godzinę plus poczęstunek tajska herbatka (delikatnie ujmując nie jestem smakoszem azjatyckich herbat :P)

 

19:22, znow_ruda_gl
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 maja 2013
obietnica

Własnie wróciłam z tajskiego masażu głowy, a moja mama stop, no i wreszcie mam chwilkę, by dotrzymać wczorajszej obietnicy. Oto mała fotorelacja z niedzielnej wyprawy:

historyczne miejsce - most na rzece Kwai

 

Niezapomniane chwile ...

Ten 5-miesięczny kotek warczał i prychał na mnie i miałam obawy, ze zaraz się na mnie rzuci

Tam gdzie leżakowały dorosłe tygrysy nie mogłam wjechać wózkiem, wiec zostałam wniesiona

Maluchy były najfajniejsze

 

15:43, znow_ruda_gl
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 20 maja 2013
szalenstwo

Wielu z Was już pewnie zauważyło, ze raczej trudno mnie i moja mamę zaliczyć do tych ustatkowanych i normalnych. Jednak ku naszej radości i pokrzepieniu emigranckich serc - wielu ludzi to docenia i na dodatek wspiera nas w tym naszym mylym szaleństwie! Bo czyż nie jest szalonym pomysłem pokonanie w sumie (tam i z powrotem) w jeden dzień 700 kilometrów talko po to, by pobawić się z małymi tygryskami?:P Zastanawiając się na chłodno ... mądre ani rozsądne to to nie jest ale nie jest tu absolutnie chłodno, wiec przyznaje sobie prawo do odrzucania chłodnej kalkulacji i racjonalnego myślenia. Poza tym, nie musiałam aż tak kalkulować, gdyż ... pan Paweł (jeden z Polakow mieszkajacych tutaj, którzy są nam tu niezmiernie pomocni) nie dość, ze na 2 niedziele wyszukał nam super Vana z kierowca, to jeszcze się uparł, żeby ponieść tego koszty! To niby - jak twierdzi - ma byc ego wkład w nakrętki, aczkolwiek to zdecydowanie był wkład w sprawienie nam ogromnej niespodzianki i urozmaicenie nam tu pobytu. Zdecydowanie są ludzie, którzy twierdza, ze powinnam traktować ten wyjazd nie tylko leczniczo, ale tez mam zobaczyć tu co tylko się da. Dziękuję za to!!! 

Tak zatem o 8 rano wczoraj ja, moja mama i Marysia wyruszyłyśmy znów na wakacyjny podbój Tajlandii i po 3 h dojechałyśmy do Kanczanaburi, by zobaczyć historyczne miejsce, jakim jest most na rzece Kwai. Takie namacalne lekcje historii, szczególnie tej dotyczącej czasów II Wojny Światowej, sa najlepsze. Pokręciłyśmy się tam trochę, pokupowałyśmy pamiątkowe pierdulki i wyruszyłyśmy do Swiatyni Tygrysow. Ta jak wspominała mi koleżanka, trzymanie malutkiego jakby, nie było dzikiego zwierzecia na rekach to niezapomniane i niesamowite wrażenie. Maluchy 5-tygodniowe były przecudne i ... dosłownie wchodziły mi na glowe! :D Tam do nich mogłam wjechać wózkiem, gdyż one jeszcze zupelnie nie miały poczucia strachu, wrecz po chwili traktowały mój sprzęt niczym nowa zabawkę. Mimo to, byly tez chwile gdy bawiłam sie z nimi leżąc na brudnej ziemi i zupełnie mi to nie przeszkadzalo. Powiało jednak ciut groza, gdy próbowałam sie zbliżyć do 5-miesiecznego tygryska. Ten jjuz ze strachu na mnie prychał, a ja tez się bałam, ze lada moment rzuci się na mnie ten juz wcale nie taki mały kotek. Do całkiem dorosłych tygrysów nie mogłam wjechać wózkiem ale .... pan z obsługi wziął mnie na ręce i zaniósł do największej bestii. :D I ten koles i ten zwierz byli niesamowici! Po tym niesamowitym miejscu postanowiliśmy jeszcze pojechać do Parku Narodowego, by zrobić tam sobie zdjecia i byc może spróbować jakoś wdrapać się na pierwszy poziom wodospadu. Kierowca robił co mogl i pewnie śmigał w deszczu po już górskich serpentynach, jednak niestety droga do wodospadu byla juz zamknięta, gdyż tu robi sie ciemno już przed 18 , a i z naszego pikniku nic nie było, gdyz strasznie lalo. Bylo jednak warto, gdyz widoki zaparly nam dech! Jutro, gdy dodam fotki, sami przyznacie mi racje... 


15:39, znow_ruda_gl
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 maja 2013
kolacja

Zaraz wybywamy. Tym razem na polsko-tajska kolacje. Ciepło, świeże see food, oświetlone wybrzeże i przemiłe towarzystwo. Zapowiada się uroczy wieczór ...

11:25, znow_ruda_gl
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 maja 2013
przygodowo

Chyba niebiosa skazują mnie na przygody, nawet gdy sama wcale się o nie nie proszę. Gdy siedzę grzecznie w klinice i nosa stad nie wychylam, to tez mnie owe przygody nie omijają i niestety nie zawsze są mile. Grunt - ze suma sumarum - wychodzę z nich obronna ręką. Tu w tej klinice jest jakiś dla mnie chory zwyczaj podłączania kroplówek z komórkami. Mianowicie w owy dzień, gdy sa one aplikowane pojawia się za każdym razem inna pielęgniarka z zewnątrz, chyba jeszcze uczennica patrząc na jej sposób nawet samego zabierania się do rzeczy. Na początku nieświadoma takich procedur nie robiłam rabanu. Przy pierwszej kroplowie kluto mnie 2 razy robiąc mi mega sińca, no ale gdy w ten poniedziałek dziewczę rozwaliło mi trzy żyły (gdzie tylko jedna z nich to pewniak) wkurzyłam się, wygoniłam i zawołałam pigule stad. Ma mega sprawne raczki ale pozostały jej tylko same żyły znikajki. Efekt końcowy - za piątym razem się udało. Dzisiaj już nie pozwoliłam uczyć się na sobie. Znów przywołałyśmy Nun (to imię tej mojej ulubionej pielęgniarki, która wygląda niczym piętnastolatka a dzisiaj obydwie klepiąc się w klatke ubolewalysmy nad tym, ze musimy nosić small bra). Maluch wkłuł mi się perfekcyjnie i bezboleśnie. No ALE... Komorki macierzyste lecą helikopterem z Chin, gdyż robi je dokładnie ta firma, co w zeszłym roku, a akurat dziś w Hongkongu była mega burza i nie mogli wylecieć. Czekałam podłączona do głupiej soli fizjologicznej ponad 4 h, a cala zabawa trwała w sumie od 15 do 21. Nie mogłam w tym czasie pisać, gdyż bałam zakuta w dłoń i nie chciałam ryzykować uszkodzenia żyły. Dorze, ze już tylko 2 podania przede mna.  

19:47, znow_ruda_gl
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 maja 2013
cwiczeniowo

Oto jedno z ćwiczeń na dzisiejszej rehabilitacji. Te dwie przesłodkie tajskie wariatki ruszają mnie na boki, a ja mam z całych sil trzymać w pionie głowę. Jeszcze nigdy nie widziałam, by ćwiczenia pacjenta wywoływały takie entuzjastyczne piski u rehabilitantów :D

16:42, znow_ruda_gl
Link Dodaj komentarz »
ku zazdrości :P

Wpis ten dedykuje tym, którzy zarzucali mi, ze leczenie w Chinach było wakacjami. Tu w Tajlandii warunki w klinice są wręcz hotelowe, wiec i postanowiłam wycieczki mieć tez wakacyjne, by ich zarzuty tym razem nie były bezpodstawne. 

Oto moi drodzy fotki z wczorajszych wakacji.

Schody do zejścia na statek

Sam statek i przystań w Pattaya

 

 

Kramy na wyspie Koh Larn

 

Lezkowanie

Jedzonko na plaży

 

Zaraz odpływamy z wyspy

 

Powrót do Pattaya

07:10, znow_ruda_gl
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 maja 2013
wakacyjnie

W niedziele mieliśmy znów upragniony cały wolny dzień. Marysia - genialna zarąbistą rodaczka, która towarzyszy nam tu w każdej wyprawie badac naszym tłumaczem i rozsmieszaczka - przyjechała do nas już w sobotę wieczorem i spala u nas, bo kierowca z autem czekał już na nas o 7.30. Auto pomógł nam wykombinować Tomek - zatajowany fajny Polak, który tez tu nad nami czuwa, dzwoni, martwi sie, czasem tu wpada na kawke. No ale wracając do naszej wyprawy... Wyjechałyśmy tak wcześnie rano, gdyż sama podroż na wybrzeże trwała ponad 2 h autostrada. Wreszcie dotarłyśmy do Pattaya - najbardziej turystycznej miejscowości w tej części wybrzeża. Na folderach i reklamach miasto wygląda pięknie ale slyszac relacje tubylców i tutejszej Polonii to dobrze, ze nie zostałyśmy tam na plaży. Przejeżdżając przez cale miasto miałyśmy okazje zobaczyć tłumy turystów, sryliona knajp, reklam domów uciech (miasto słynie z sexturystyki i magicznych sztuczek panienek, które np. umieją pisać długopisem trzymanym bynajmniej nie w dloni :P), i góry śmieci. Nasz kierowca podrzucił nas o samego portu. Tam chcialysmy kupić bilet na statek ale pani przy tzw kasie czyli budce powiedziala, ze ona nie może stwierdzić, czy damy rade wejść na statek i radzila, bysmy podeszły na koniec mola, gdzie one cumują i spytały o to obsługę. Kobieta wiedziała co mówi. Po czasie twierdze, ze pchając sie tak mialysmy wiecej szczęścia niż rozumu n ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana a poza tym wiecie, ze ja uwielbiam dokonywać rzeczy niemożliwych i robic takie rzeczy, których nie osiągnął żaden posiadacz małego lecz ciężkiego elektrycznego czołgu :P W sumie bardzo dobrze sie stalo, ze gdy w momencie podejścia na statek nie było juz czasu na analizowanie sytuacji, bo inaczej pewnie bym spanikowała. By dostać sie na poklad statku, ktory sam w sobie wyglądał na taki z poprzedniego stulecia, trzeba było zejść po mega stromych betonowych schodach, których każdy stopien mial z ponad 50 cm, a co drugi, był do polowy rozwalony. Miedzy końcem schodów a statkiem tez nie bylo żadnej kładki tylko z 30 cm luka a potem wejscie czyli spad za rufa. Dla Tajow jednak to byl żaden problem. W 3 sekundy zorganizowali sie w ekipe i tylko fruwalam na wózku z zamkniętymi ze strachu oczyma. Płynięcie na wyspę Koh Larn trwało niecałą godzinę. Wyjście ze statku wyglądało identycznie, tylko z ta różnicą, ze śmigałam w powietrzu w gore. Gdy stanęłyśmy na molo same bylysmy w wielkim szoku, ze sie udalo. Jak okiem sięgnąć jednak nigdzie nie bylo widac piaszczystej plaży - sam wysoki brzeg i ekskluzywne kampingi na palach. Poszłyśmy ciut w głąb, gdzie tak jak u nas bylo mnóstwo kramów z pamiątkami, malych urokliwych knajpek, street food'u itp. Dotarłyśmy do postoju 'taksówek'. Niestety motorek z przyczepka nam odpadł, bo kierowca stwierdzil, ze nie uciagnie, a wiemy juz, ze, gdy Taj mowi, ze cos sie nie da, to FAKTYCZNIE jest to a'wykonalne. Do wyburu zostala nam taka jakby ala nyska tylko mniejsza. Kierowcy znów bez problemu wrzucili mnie na pakę i tak dotarłyśmy na plażę. Caly urok tego miejsca polega na tym, ze w sumie bylo to badzo malo komercyjne miejsce. Kilka rzędów leżaków z parasolami i w sumie po okach tylko 2 knajpki. Panowie obsugujacy to miejsce pomogli nam dojechac do lezakow, tam juz spokojnie dawalam rade jechac po piachu, potem rozebrali mi plastikowy leżak do wersji mini tak, by mama z Marysie mogly go postawić do wody - Zatoka Tajka będąca częścią oceanu spokojnego. Potem nawet moczalam sie siedząc na piachu w wodzie! Na plaży przy stole zjadłyśmy przepyszny obiad, gdzie oczywiście wybrałyśmy sobie rybki i przy okazji dokarmiałyśmy dwa bezpańskie cwane burki :P. Potem znów wodny relaks i ta sam podroz na statek. Zdążyłyśmy w ostatniej chwili i wchodząc bylam mile zaskoczona, bo statek jakos tak zacumował, ze ominęliśmy schody i wnosiliśmy po kladce wiec praktycznie traumatyczne bylo tylko pokonanie burty. Jak sie potem okazało radosc byla przedwczesna. Okazało sie, ze znalazłyśmy sie na górnym pokładzie! By wydostac sie w ogóle ze statku, po dopłynięciu na brzeg trzeba było najpierw zniesc mnie na poklad dolny po schodach, ktore wyglądały jak drabina, a cały statek mocno sie kołysał, bo akurat byl przyplyw. W tym momencie to nawet ja zamknęłam oczy i ze strachu modliłam sie i do Buddy. Nawet nie wiem ile pa rak mnie niosło, niestety wiem, ze jedna z nic byla i moja mama (choc upaciuch wcale nie musial) i dzis ma mega zakwasy w nogach :( Gdy pofrunęłam w dol, potem przez burte i po schodach na molo, to ludzie nie potrafili ukryc zachwytu, mialam wrażenie, ze zaraz będą nam i noszącym bic brawo. Kocham Tajow! Potem tylko 3 h autem (byl tajski sztal czyli korek na autostradzie) i po prawie 13 h byłyśmy zmordowane, lecz przeszczesliwe w domu. Jutro dodam Wam zdjęcia, bo teraz padam - u mnie jest 2 w nocy.. 

20:35, znow_ruda_gl
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
O autorze
Zakładki:
Fundacja Razem Łatwiej
1 % podatku
Biżuteryjnie
BOS czyli biały owczarek szwajcarski i inne psiaki
CHCESZ MI POMÓC?
Chiny w blogach
Dorośli z SMA
Dzieci z SMA
Felietonistycznie
JA I MEDIA
KONKURS BLOG ROKU 20014
KONKURS TEKS ROKU 2014
Kulinarnie
Moje miasto
Orif
Podróże a niepełnosprawni
POMOC INNYM
POMOGLI MI
POMÓŻMY ZWIERZAKOM
SMA w trawie piszczy czyli linki godne uwagi
Tu możesz mnie czasem spotkać
Ulubione blogi pamiętnikowe
Zespoły grające dla mnie charytatywnie
Agnieszka Filipkowska

Utwórz swoją wizytówkę
Post użytkownika Koka i ja.